Legia gra, że aż zęby bolą
Wybrałem się wczoraj na Łazienkowską. Legia grała akurat z GKS-em. Tym z Bełchatowa. Kiedy tak sobie zmierzałem powoli w stronę stadionowej bramy, pomyślałem sobie: “No tak.Sześć punktów mamy, więc pora na kolejne. Lepiej być nie może, bo Legia musi ten mecz po prostu wygrać”. Następnie zasiadłem na swoim wygodnym krzesełku, znajdującym się jak zwykle na Żylecie. Mecz się zaczął, doping był, ale tylko jakoś gry w wykonaniu ekipy Macieja Skorży jakoś próżno szukać. Urządził nas Marcin Żewłakow. Fakt, że bełchatowianie też nie zagrali jakiegoś wielkiego spotkania, ale przynajmniej pokazali, że im zależy. A Legia? No, cóż. Legia albo chce, ale nie za bardzo może albo może, ale za bardzo nie chce. Raczej stawiałbym na to drugie, bo tak to wyglądało przynajmniej z mojej perspektywy. Nie czarujmy się, ale przy takiej postawie po co tym naszej ukochanej zbieraninie ten super wypasiony stadion, jeśli cała ekipa odstawia taką fuszerkę. Przecież połowiczna skuteczność w przypadku jednego z głównych kandydatów do mistrzostwa (sześć punktów na dwanaście możliwych o zgrozo) to tak naprawdę żadna skuteczność. Przykro mi to mówić pod adresem ukochanej drużyny, ale gra całej jedenastki z Łazienkowskiej najnormalniej przyprawiła mnie (z resztą chyba nie tylko mnie) wczoraj o ból zębów. Rozumiem, że nowi zawodnicy, że nowy trener, i że wszyscy muszą się jeszcze dotrzeć.Ale do cholery ile można się docierać? Daleki jestem od oceniania postępów i prognozowania co będzie na koniec sezonu po ledwie czterech kolejkach, jednak patrząc na to, co ta Legia wyczynia, zaczynam bać się, czy jeszcze wogóle będziemy mieli Mistrza przy Łazienkowskiej.
Komentarze (3)
